Wyróżnienie "Wielkopolska
Szkoła Roku"

     Patron szkoły
     O szkole 
    
Koncepcja szkoły 
     Statut

    Regulamin szkoły

     Program wych.-prof.

     WZO  

     Kadra 
     Wychowawcy

     Biblioteka  

     Samorząd 

     Rada Rodziców 

 

     Aktualności 
     Archiwum 
     Sportowcy szkoły
     Prymusi szkoły
     Arboretum

     Galeria

EDUKACJA

REGIONALNA

 


STRONA GŁÓWNA>Historia rodziny...

Rodzina Radowskich mieszka na wybudowaniu Radawnicy od kilku, a może
 i kilkunastu pokoleń. W dzisiejszych czasach nieczęsto spotyka się rodziny wielopokoleniowe, a do takich właśnie zalicza się ta rodzina Doroty i Bernarda Radowskich. Wszyscy mieszkają w jednym domu, wspólnie zasiadają do posiłków przy jednym stole, dzielą się obowiązkami w domu i gospodarstwie, wszyscy chętnie opiekują się dziećmi.  Aby spisać dzieje tej bardzo polskiej rodziny, która do dziś kultywuje zwyczaje i tradycje przodków, wysłuchałam wspomnień pana Bernarda Radowskiego. Podczas spotkań nie byłam jedynym słuchaczem, przy stole zasiadała cała rodzina: Bernard, jego żona Dorota, syn Mariusz ze swoją młodą żoną Martą
i najmłodsi w rodzinie Radowskich: Karol i Julia.
Przodkowie Bernarda Radowskiego – rodzina Krauze – przez dziesięciolecia, mieszkali i prowadzili gospodarstwo, którym dzisiaj kieruje pan Bernard, a nazwisko Radowski pojawiło się w Radawnicy pod koniec XIX wieku.  Pradziadkowie Bernarda Radowskiego, państwo Krauze, nie doczekali się syna, który mógłby przejąć po nich gospodarstwo. W tej sytuacji postanowili dokonać tak zwanego „tauschu” (wymiany). Bronisława, jedna z czterech córek państwa Krauze, wyjechała do Głomska i tam wyszła za mąż, brat jej męża – Władysław Radowski w ramach „wymiany” przybył do Radawnicy i poślubił Annę Krauze. Oprócz Władysława w Radawnicy zamieszkał również jego brat Józef, który poślubił Balbinę Brzezińską.
Zarówno rodzina Krauze jak i Radowscy zawsze czuli się Polakami. Po otwarciu w 1929 roku Szkoły Polskiej w Radawnicy, trzeba było zdecydować, czy dzieci pójdą do szkoły niemieckiej, czy mimo spodziewanych utrudnień ze strony władz niemieckich, będą uczyły się w Szkole Polskiej. W rodzinie Radowskich nie było chwili zawahania. Dzisiaj z dumą pan Bernard pokazał mi świadectwo swojego ojca, na którym widnieje nagłówek: „Prywatna Katolicka Szkoła Siedmioklasowa Powszechna
 z polskim językiem wykładowym” w Radawnicy. Na świadectwie widnieje podpis kierownika szkoły – Władysława Maćkowicza. Po dojściu Hitlera do władzy
 w Radawnicy, podobnie jak na całej Złotowszczyźnie, rozpoczął się bardzo trudny okres dla Polaków. Wszyscy mieszkający tu Niemcy zaczęli demonstrować swoją wyższość i władzę, niejednokrotnie szykanowali swoich sąsiadów. Mieszkający
 w Radawnicy Polacy zaczęli się jednoczyć. Młodzież działała w sekcjach sportowych, dorośli spotykali się na majówkach. Wiele z tych spotkań odbywało się na terenie gospodarstwa Anny i Władysława Radowskich. Dorośli spotykali się na „majówkach” nad stawem, młodzież rozgrywała mecze piłki nożnej i siatkówki na boisku przygotowanym przez dziadka pana Bernarda. Takie oficjalne demonstrowanie polskości narażało rodzinę na szykany i represje ze strony władz niemieckich. Tak było chociażby ze wspomnianym boiskiem do gry w piłkę nożną. Na szczęście dziadek Bernarda, Władysław Radowski, został w porę ostrzeżony przez swojego sąsiada Niemca o nazwisku Grot, który mieszkał tam, gdzie w okresie powojennym rodzina Motaków. Grot uprzedził sąsiada, że Niemcy szykują sankcje za nielegalnie przygotowane boisko. Aby uniknąć nieprzyjemności Władysław Radowski po prostu je zaorał, co nie przeszkodziło w zagospodarowaniu innego miejsca pod nowe boisko sportowe. Na boisku rozgrywano mecze pomiędzy drużyną młodzieży polskiej
 i niemieckiej. W zaciętej walce i poświęceniu zawodników z obu stron, wszystkie mecze wygrywała drużyna polska. Ich przeciwnicy nie mogli w żaden sposób pogodzić się z kolejnymi przegranymi meczami. W drużynie młodzieży polskiej grali bardzo wysportowani i wysocy chłopcy, na boisku szczególnie wyróżniali się: Aleksander Ossowski i Alojzy Radowski. Drużyna niemiecka chcąc za wszelką cenę pokonać „reprezentację Polski” dopuszczała się niesportowych zachowań. Szczególnie boleśnie odczuł to w trakcie któregoś z kolejnych meczy Aleksander Ossowski, sfaulowany, doznał złamania nogi. Koledzy z drużyny zajęli się poszkodowanym. Franciszek Radowski założył prowizoryczny opatrunek, unieruchomił nogę listewkami i zawiózł do felczera. Jak wspomina pan Bernard, Alojzy Radowski swoją siłą i tężyzną fizyczną wyróżniał się przez całe życie. Niejednokrotnie odczuł to ojciec pana Bernarda podczas prac polowych. Zdarzało się, że razem kosili swoje łąki. Mimo wysiłku Franciszek nie mógł dorównać swojemu kuzynowi.
Jak wspominał ojciec pana Bernarda, po dojściu Hitlera do władzy na terenach należących do Rzeszy rozpoczął się rozwój gospodarczy, na którym skorzystali również mieszkający tu Polacy. W tym czasie do gospodarstwa Radowskich trafiła snopowiązałka, która wręcz zrewolucjonizowała prace żniwne. Ich stara tak zwana „garściówka” trafiła do gospodarstwa siostry Władysława, która mieszkała na terenie Polski, w Sypniewie. Rolnicy mieszkający w Polsce nie mieli możliwości zakupu maszyn, powodziło im się dużo gorzej niż tym mieszkającym na terenie Niemiec. Innym udogodnieniem dla gospodarstwa była przebudowa drogi w kierunku Lędyczka. Przed remontem na drodze znajdował się duży pagórek, co powodowało, że droga miała strome wzniesienie, które utrudniało transport płodów rolnych czy przywóz drewna opałowego z lasu. Przy drodze, na okres jej remontu, zainstalowano kolejkę podobną
do tych, które przewożą węgiel w kopalniach. Wagoniki przewoziły w dół ziemię usuwaną ze wzniesienia. Po jego zniwelowaniu droga została wybrukowana. Jedynym śladem po wykonanej pracy jest dół w lesie przy drodze prowadzącej do gospodarstwa Radowskich. Z tego miejsca brano piasek, który służył jako podsypka pod układany bruk. Po zakończeniu remontu tory rozebrano, a wyremontowana droga służy rolnikom do tej pory. Oprócz udogodnień związanych z rozwojem gospodarczym, Polaków dotykały szykany i różnego rodzaju utrudnienia. Franciszek Radowski poza pracą
 w swoim gospodarstwie musiał w wyznaczonych terminach pracować u bogatego niemieckiego gospodarza w Adolfowie.
Bernard Radowski był często świadkiem opowieści swojego dziadka Władysława, który wielokrotnie wspominał swojego sąsiada Grota. Grot był Niemcem, ale na ich dobrosąsiedzkie stosunki nie miała wpływu zmieniająca się sytuacja polityczna. Jak wspominał Władysław Radowski jego sąsiad był świetnym gospodarzem rokrocznie produkował 20 ton jęczmienia browarnego. Wielokrotnie Władysław pomagał w jego transporcie do stacji kolejowej w Złotowie. Niestety po wyzwoleniu Złotowszczyzny i w czasie zaprowadzania nowego komunistycznego porządku, do gospodarstwa Grota przyszli przedstawiciele nowej władzy. Z biało-czerwonymi opaskami na rękawach, wymierzali sprawiedliwość zgodnie z tylko sobie znanym kodeksem. W trakcie ich wizyty Grot został rozstrzelany. Nikt nie wie, co dokładnie poprzedziło to tragiczne wydarzenie. Grot został pochowany na cmentarzu
 w Radawnicy, a jego żona wraz z synami wyjechała do Niemiec.
Po wybuchu II światowej Franciszek Radowski, podobnie jak inni Polacy mieszkający na Złotowszczyźnie, został wcielony do Wehrmachtu. Wbrew sobie znalazł się nie po tej stronie frontu i robił wszystko, aby nie wziąć udziału
 w bezpośredniej walce. W wojsku wykorzystał swoje doświadczenie hodowlane i dbał o konie, dzięki temu udało mu się być zawsze na tyłach. Przez dowództwo Wehrmachtu został wysłany na szkolenie z zakresu opieki nad końmi. Franciszek Radowski został felczerem weterynarii, a po wojnie świadczył swoje usługi okolicznym rolnikom. Ukończył również kurs badacza mięsa i przez wiele lat badał mięso w rzeźni
 w Tarnówce.
W styczniu 1945 roku, w trakcie walk o Wał Pomorski, Franciszek Radowski znalazł się w Podgajach, kilka kilometrów od rodzinnego domu. Był z nim kolega
 i sąsiad Grot. Zaczęli myśleć o ucieczce, ale zrozumieli, że nie mają najmniejszych szans wydostania się z linii frontu. Przed sobą mieli oddziały rosyjskie z tyłu oddziały SS. W trakcie walk Franciszek Radowski dostał się do niewoli rosyjskiej. Trafił
 do obozu jenieckiego w Słupsku. Wraz z innymi więźniami został skierowany
 do rozebrania mleczarni, która w częściach miała być wkrótce wywieziona w głąb Związku Radzieckiego. Jeńcy zdawali sobie sprawę, że w ślad za mleczarnią również oni trafią na wschód. Wielu z nich myślało o ucieczce, dwóch podjęło nieudaną próbę. Złapani i powieszeni na bramie, mieli być przestrogą dla pozostałych jeńców przed podejmowaniem prób nielegalnego opuszczenia obozu. Franciszek Radowski, mimo wszystko, dalej planował ucieczkę. Wiedział, że bez cywilnego ubrania podzieli los wcześniejszych uciekinierów. Pomógł mu Polak, mieszkaniec Słupska, który narażając własne życie zorganizował cywilne ubranie i zakopał je w lesie w pobliżu obozu. Któregoś dnia Franciszek znalazł dogodny moment na ucieczkę i udało mu się wydostać się z obozu. Najpierw dobiegł do lasu, zamienił więzienny pasiak na cywilne ubranie
 i rozpoczął swój niebezpieczny bieg ku wolności.  Pomimo wycieńczenia pobytem
 w niewoli jako dezerter, z wielką wiarą na powodzenie nie zaprzestawał biegu.  Szczęśliwy dotarł do dworca kolejowego, gdzie ukrył się w beczce po smole i oczekiwał na pociąg ku wolności. Niewiarygodne, ale dzięki szczęśliwemu splotowi okoliczności po kilku godzinach oczekiwania wsiadł do pociągu jadącego do Złotowa. Sytuacja,
 w której się znalazł była bardzo niebezpieczna. Znajdował się on na obszarze już wyzwolonym przez wojska radzieckie i polskie a był zbiegłym z niewoli żołnierzem Wehrmachtu. W Złotowie znalazł schronienie u rodziny, która niezwłocznie przekazała dobrą wiadomość jego rodzicom. Władysław Radowski saniami pojechał po syna, towarzyszyła mu w tym córka - Leonarda Kabatek. Wkrótce cała trójka rozpoczęła niebezpieczną podróż do Radawnicy. Władysław Radowski i Leonarda Kabatek siedzieli w saniach na ławce, pod ławką leżał Franciszek, zamaskowany kocem, który okrywał nogi oficjalnie podróżujących. Wielki niepokój i zdenerwowanie przeżyli
 w trakcie kontroli przez polski patrol, ale udało się i wszyscy szczęśliwie dotarli do Radawnicy. Franciszek w końcu był znowu w swoim rodzinnym domu. Radości nie było końca! Jednak dla własnego bezpieczeństwa, Franciszek nadal musiał się ukrywać i przez pół roku nie opuszczał progu domostwa.
W trakcie przygotowań do walk o Wał Pomorski rodzina Radowskich została wysiedlona do Chwalimia. Gdy wrócili do swojego domu, nie liczyli specjalnie strat, najważniejsze było to, że wszyscy przeżyli. Radości nie mąciły nawet zgliszcza stodoły spalonej przez Rosjan. Wkrótce dowiedzieli się, że w czasie ich nieobecności, w pobliżu ich gospodarstwa Rosjanie ustawili działa i wystrzeliwali z nich pociski artyleryjskie
 w kierunku Lędyczka. Jedynym śladem ich działań była uszkodzona, pozbawiona wierzchołka sosna. Władysław Radowski w podziękowaniu Bogu za ocalenie całej rodziny z pożogi wojennej postanowił postawić na skraju swojego gospodarstwa krzyż. Za drewno do budowy krzyża posłużyła uszkodzona sosna. Dzisiaj na miejscu pierwszego krzyża stoi już czwarty – metalowy, który wykonali wspólnie Franciszek
 i Bernard Radowscy. Pan Bernard w rozmowie wspomniał, że chce jeszcze w swoim życiu wymienić istniejący krzyż na dębowy. Do krzyża rokrocznie w Dni Krzyżowe
 w pielgrzymce idą mieszkańcy naszej parafii z prośbą o dobre zbiory i plony a także sprzyjającą pogodę. Zwyczaj procesji zapoczątkowany został w naszej parafii w roku 2006. Jak wspomina pan Bernard podczas którejś rozmowy z ówczesnym proboszczem, ks. Witoldem Korowajczykiem, wspomniał, że warto byłoby zapoczątkować w naszej miejscowości ten staropolski pobożny zwyczaj obchodzony w sąsiednich parafiach. Proboszcz Korowajczyk i pan Bernard ustalili, że procesja będzie odbywała się do krzyża stojącego na skraju jego gospodarstwa. Mimo, że mieszkam już w Radawnicy prawie czterdzieści lat, nie wiedziałam, że przydrożny krzyż ustawiony przy polnej drodze do Lędyczka jest wotum rodziny Radowskich.
Pan Bernard doskonale pamięta, gdy do jego dziadka Władysława przychodzili koledzy, którzy prowadzili długie rozmowy i grali w skata. Najczęściej uczestniczyli
 w nich zięć Władysława – Tadeusz Kabatek, Zygfryd Jaszczyk (kierownik poczty), Alojzy Radowski, Teofil Ossowski, wujek Józef z Chojnic, który jako jedyny
 w towarzystwie był zagorzałym komunistą. Na nic się zdały przekonywania jego kompanów. Zdanie zmienił dopiero po roku 1989.  Młody Bernard, który bardzo lubił przysłuchiwać się toczonym dyskusjom, często był napominany, by nikomu, pod żadnym pozorem, nie powtarzał zasłyszanych rozmów. 
Lata powojenne, a szczególnie lata pięćdziesiąte, nie były łatwym okresem dla rolników. Nałożone przez państwo przymusowe dostawy były zbyt duże w stosunku do produkcji gospodarstw, hamowały wszelki rozwój i zmuszały do walki o przetrwanie. Właśnie w latach pięćdziesiątych dziadek pana Bernarda – Władysław, nie wywiązał się w terminie z przymusowych dostaw, za to „przestępstwo” na dwa tygodnie trafił do więzienia. Jak wspominał, został pozbawiony człowieczeństwa i potraktowany jak zwykły przestępca.
Franciszek Radowski w roku 1953 poślubił Mariannę z d. Stippa. Marianna
 i Franciszek dochowali się trójki dzieci: Danuty, Haliny i Bernarda. Marianna pochodziła z Osowca koło Zakrzewa i podobnie jak jej mąż, ukończyła Szkołę Polską. Po latach została zaproszona na uroczystość odsłonięcia tablicy upamiętniającej powstanie tej szkoły.  Do Osowca z panią Marianną, absolwentką i gościem honorowym uroczystości, jako kierowca udał się pan Bernard. Nie wiedział, że ta podróż będzie miała dla niego tak przełomowe znaczenie. W trakcie spotkania poznał on swoją przyszłą żonę – Dorotę. Jak się później okazało, w Osowcu, z którego pochodziła jego przyszła żona, domy mamy Bernarda i jego  teściów prawie sąsiadowały ze sobą, oddzielał je tylko niewielki las. Pan Bernard z rodzicami, a później już tylko z mamą wielokrotnie odwiedzał rodzinę w Osowcu, jednak nigdy wcześniej pani Dorota
 i Bernard nie spotkali się. Ich losy złączyła tak ważna dla tej polskiej rodziny uroczystość. Kiedy jako młodzi małżonkowie przejmowali stery gospodarstwa po rodzicach pana Bernarda, miało ono charakter wielokierunkowy, hodowano w nim krowy, świnie, drób, gospodarstwo było w dużej mierze samowystarczalne. Pod kierunkiem pana Bernarda nastawiło się wyłącznie na produkcję krów mlecznych
 i bydła opasowego. Cały czas zwiększa się areał gospodarstwa, a jego stery zaczyna  przejmować młody gospodarz - Mariusz.
Pan Bernard wspominał historię z początku lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Po powstaniu „Solidarności” radawniccy rolnicy zaczęli dopominać się o zwrot ziemi, która od zawsze  należała do naszej parafii, a uprawiali ją miejscowi rolnicy. Po wojnie została znacjonalizowana i  przekazana Państwowemu Gospodarstwu Rolnemu w Józefowie, W walkę o ziemię zaangażowali się między innymi: Jan Brzeziński i Józef Radowski. Po wielu rozmowach „na otarcie łez” rolnikom zwrócono łąki na tzw. Elebryku. Ale to nie zaspokoiło poczucia sprawiedliwości, rozpoczęły się następne twarde rozmowy. Zakończyły się one sukcesem rolników, którzy już bez przeszkód mogli wykupić ziemię o którą toczyli bój. Okres walki zbiegł się z terminem wojny
 o Falklandy, stąd nazwa obszaru ziemi „zdobytej” przez rolników, nosi nazwę Falklandy. Kilka hektarów na Falklandach wchodzi w skład gospodarstwa Radowskich, wykupił ją Franciszek.
Rodzina Radowskich jest bardzo liczna, ale jej członkowie utrzymują ze sobą kontakty. Służą temu zjazdy rodzinne i spotkanie opłatkowe. Te ostatnie organizowane są w Zakrzewie w restauracji „Pod sosnami”. Na 25 lipca 2020 roku planowany jest III już zjazd rodziny Radowskich.
Gospodarstwo Radowskich, wraz z dwoma innymi położonymi w pobliżu gospodarstwami, przez miejscową społeczność  nazywane jest wybudowaniem Trzech Króli. Jeszcze do niedawna miejscowi proboszcze z wizytą duszpasterską do tych gospodarstw udawali się w święto Trzech Króli, dzisiaj ten zwyczaj nie jest już kultywowany.
Pan Bernard przedstawił mi historię swojej rodziny na podstawie opowieści zasłyszanych od swojego dziadka i ojca. Kiedyś słuchał on, dzisiaj historię swoich przodków poznaje jego syn, synowa i ich dzieci. Dzisiejsi gospodarze pani Dorota i Bernard kultywują tradycję przekazaną przez swoich rodziców i dziadków. Każdego dnia wykonując codzienne czynności, przemierzają te same ścieżki, którymi chodzili ich przodkowie. Ziemia, którą uprawiają od kilku, a może kilkunastu pokoleń należy do ich rodziny. Dom i zabudowania gospodarcze zlokalizowane są ciągle w tym samym miejscu, w którym toczy się historia tej rodziny.


Wspomnień wysłuchała i spisała Małgorzata Wojtkiewicz

Radawnica, 10.03.2020r.
   

Kolejni właściciele gospodarstwa
Rodzina Krauze
Anna i Władysław Radowscy
Franciszek i Marianna Radowscy
Bernard i Dorota Radowscy
Mariusz i Marta Radowscy

Dzieci Franciszka i Marianny Radowskiej z domu Stippa
Bernard ur. 26.07.1961r.
Danuta Brewka ur. 15.08.1958r.
Halina Schott ur. 17.05.1961r.

Dzieci Bernarda i Doroty Radowskiej z domu Zdrenka
Mariusz ur. 04.05.1990r.
Justyna ur. 07.10.1992r.

Dzieci Marty i Mariusza Radowskich
Karol ur. 03.09.2017r.
Julia ur. 04.05.2019r.











Aktualności.....


 



Złoty Medal Opiekuna Miejsc Pamięci Narodowej

Galeria absolwentów


Szkolny zestaw podręczników
Kalendarz roku szkolnego


UCZNIOWIE:

    Strony www

  Plan lekcji 

ETWINNING

 

NAUCZYCIELE:

   Innowacje

Dobre praktyki


 Kontakt

Copyright © 2019 Wszystkie prawa zastrzeżone. Wykonał: Karol Wielgus