|
|
STRONA GŁÓWNA>Historie rodzin...
Przeglądając swoje zapiski zauważyłam, wśród spisanych wcześniej
historii rodzin zamieszkujących w Radawnicy nie została uwieczniona
historia rodziny Kaźmierczak, a przecież rodzina ta mieszka w naszej
miejscowości przeszło sto lat i niewątpliwie wniosła swój wkład w jej
historię. Aby udokumentować dzieje tego rodu, 21 listopada 2019 roku
odwiedziłam panią Anitę Misiak. Spotkanie było bardzo ciekawe, a moja
rozmówczyni wszystkie wydarzenia, nawet te sprzed wielu lat potrafiła
przedstawić niezwykle barwnie
i z niezwykła precyzją. Z ciekawością słuchałam jej wspomnień,
wyczuwając czasami nostalgię za tym, co bezpowrotnie minęło. Daje się
odczuć, że pani Anita bardzo żałuje, że w Radawnicy już nikt nie
potrafi rozmawiać gwarą, którą kiedyś porozumiewali się wszyscy
mieszkańcy. Taka okazja zdarza się tylko wtedy, gdy odwiedza ją pan
Antoni Brewka (zamieszkały przy ulicy Młyńskiej). Obydwoje wówczas mogą
w swoich opowieściach jakby cofnąć się w czasie.
Pani Anita Misiak jest nestorką rodu i wraz z jej mężem Joachimem,
zmarłym w 2014 roku, przez wiele lat wspólnie prowadzili gospodarstwo
odziedziczone po jej rodzicach. W chwili gdy je obejmowali, zarządzała
nim samodzielnie matka pani Anity – Rozalia Kaźmierczak. Z wielką ulgą,
w roku 1956, przekazała jego stery w ręce młodych małżonków. Pan
Joachim pochodził z wybudowania Starej Wiśniewki, był synem rolnika i
dzięki temu posiadał dużą wiedzę rolniczą, którą skutecznie
wykorzystywał jako samodzielny gospodarz.
W chwili gdy Anita i Joachim Misiakowie objęli gospodarstwo odczuwało
ono jeszcze skutki przynależności do spółdzielni produkcyjnej. Po
jej rozwiązaniu,
do gospodarstwa wróciły co prawda maszyny i zwierzęta zabrane wcześniej
w ramach „wspólnego gospodarowania”, ale sprzęt był zniszczony, a
zwierzęta hodowlane nie dość, że były w kiepskiej kondycji, to jeszcze
było ich znacznie mniej, niż zabranych z gospodarstwa w czasie, gdy
powstała spółdzielnia. Pani Anita Misiak mówiąc o powołanej w Radawnicy
spółdzielni produkcyjnej, używa określenia „kołchoz”. Tak spółdzielnia
była nazywana przez mieszkańców Radawnicy, przez cały czas swojego
istnienia.
Ojciec pani Anity – Piotr Kaźmierczak, zamieszkał w Radawnicy
we wrześniu 1906 roku. Był kupcem poszukującym swojego miejsca na
ziemi, gdzie mógłby zamieszkać, założyć rodzinę i spędzić resztę życia.
Gdy dowiedział się, że w Radawnicy jest możliwość zakupu domu w którym
funkcjonuje sklep
i bar podjął natychmiastową decyzję o zmianie miejsca zamieszkania. Będąc
z zawodu kupcem, chciał również kontynuować handlowo-kupiecką tradycję
rodzinną, a oferta spełniała wszystkie jego marzenia. Sprzedał
gospodarstwo, które odziedziczył po swoich rodzicach i wraz z nimi –
Magdaleną i Jakubem Kaźmierczak przyjechał z Giecza, położonego w
pobliżu Środy Wielkopolskiej do Radawnicy. Pani Anita Misiak pokazała
mi Akt notarialny sporządzony
w języku niemieckim, potwierdzający zakup domu mieszkalnego wraz
z gospodarstwem. Akt bardzo dokładnie wyszczególnia cały majątek, który
nabył Piotr Kaźmierczak od rodzeństwa Pelagii i Władysława Sławińskich.
Państwo Sławińscy przed sprzedażą wybudowali dla siebie nowy dom, który
przylega
do domu państwa Misiak. (obecnie własność pana Leszka Klucka). Jak
wspomina swój rodzinny dom pani Anita, był on bardzo duży. Na parterze
poza częścią mieszkalną funkcjonował sklep kolonialny, pokój do gry w
karty i bar. W jednym z pomieszczeń znajdowała się szafa grająca. W
sklepie, w podstawowe artykuły zaopatrywali się mieszkańcy
Radawnicy i sąsiednich wiosek, a także pracownicy sezonowi. Ciekawość
budziły kobiety, które przyjeżdżały w okresie żniw do pracy w majątku
Józefowo. Były zawsze ubrane na biało, a przez miejscową ludność
nazywane Galicjankami. W pokoju w którym rozmawiałam z panią
Misiak, na ścianie wisi zdjęcie przedstawiające dom w okresie
międzywojennym, Przed domem widać kilkanaście osób, z których większość
to kobiety ubrane prawie jednakowo – w białe spódnice i bluzki
oraz białe nakrycia głowy. Jak wyjaśniła mi pani Misiak, są to
Galicjanki na zakupach w sklepie kolonialnym.
Dom, co widać na zdjęciu, wyróżniał się
piękną elewacją. Na piętrze mieściły się trzy pokoje, z których jeden
przeznaczony był dla gości, dwa pozostałe dla osób zatrudnionych w
gospodarstwie. W okresie międzywojennym ojciec pani Anity zatrudniał
dwie służące oraz dwóch mężczyzn, jednego
do opieki nad końmi, drugiego do opieki nad bydłem. Na granicy
z gospodarstwem państwa Brzezińskich znajdował się dom
kryty strzechą. Nie korzystali z niego gospodarze, był on wynajmowany
kolejnym rodzinom. Ostatnia rodzina, która w nim mieszkała to państwo
Tekowie. Domu już dzisiaj nie ma, został rozebrany w latach
pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Właśnie
w tym domu pod koniec II wojny światowej odnotowano pierwszy przypadek
tyfusu w Radawnicy. Dotknięta nim została rodzina Grochowskich. Tyfus
szybko rozprzestrzeniał się nie tylko w Radawnicy, ale również w
okolicznych miejscowościach. Sąsiedzi państwa Grochowskich nie
pozostali obojętni
i pomagali rodzinie w czasie choroby. Sąsiadki: mama pani Anity i pani
Aniela Brzezińska przynosiły chorym jedzenie. Niestety wkrótce
zachorowała pani Brzezińska dwójka jej dzieci, które na szczęście
wyzdrowiały. Pani Brzezińska przegrała walkę z chorobą, osierociła
czworo dzieci.
Gospodarstwo, które zakupił Piotr Kaźmierczak nie było zbyt duże,
obejmowało powierzchnię około siedmiu hektarów, ale działalność
rolnicza nie była głównym źródłem jego dochodów. W późniejszym okresie
areał gospodarstwa zwiększał się, a w roku 1956 liczyło ono już około
dwudziestu hektarów. Za namową Piotra Kaźmierczaka do
gospodarstwa przyjechała jego siostrę Waleria – wdowa, samotnie
wychowująca pięcioro dzieci. Mąż Walerii zginął w czasie I wojny
światowej.
Piotr Kaźmierczak w roku 1920 poślubił mieszkankę
Radawnicy, Rozalię Herudaj, wkrótce rodzina zaczęła się powiększać. Na
świat przychodziły kolejne dzieci: Józef, Henryk, Eleonora i Anita
Maria. Również siostra pana Piotra wyszła powtórnie za mąż za
Franciszka Herudaja (brata matki Anity Misiak).
We wspomnieniach pani Anity, ciocia Waleria była bardzo kochaną osobą,
do której można było zawsze zwrócić o pomoc. Czasami były to prozaiczne
sprawy, na przykład gdy nie smakował obiad ugotowany przez mamę, pani
Anita biegła do cioci Walerii, która zawsze miała coś, co smakowało
małej Anicie dużo bardziej niż to, co przygotowała mama. Ciocia Waleria
nauczyła panią Anitę wierszyka, który często powtarzany z ciocią
zachowała do dziś w pamięci:
Dzyń, dzyń, dzyń,
Dzwonek woła,
Chodźcie wszyscy do kościoła.
Do kościoła chodzić trzeba,
Żeby dostać się do nieba.
Jeszcze teraz pani Anita, w chwili gdy niebo przecina błyskawica
powtarza słowa: A Słowo Ciałem się stało i zamieszkało między nami. Był
to zwyczaj cioci Walerii, która mieszkając w pobliżu kościoła
niejednokrotnie była świadkiem uderzenia pioruna w wieżę kościelną.
W latach trzydziestych rodzice pani Anity rozpoczęli przebudowę domu.
To właśnie wtedy zniknęła jego piękna elewacja, a na piętrze pojawiła
się sala taneczna. W karnawale odbywały się w niej zabawy, w których
spotykali się Polacy. W okolicznych wsiach, były stałe terminy zabaw
karnawałowych,
w Radawnicy było to święto Matki Boskiej Gromnicznej. W trakcie remontu
poddasza, synowa pani Anity – Grażyna znalazła mały karnecik z
dołączonym ołówkiem, Aż nie do wiary, że przechował się prawie sto lat,
by przypomnieć,
że kiedyś odbywały się tu zabawy, a panny zapisywały imiona panów,
którzy zaprosili je do tańca. Niestety w znalezionym karneciku nie
widnieją żadne imiona. Jak wspomina pani Anita polskie zabawy odbywały
się również
w gospodarstwie państwa Balbiny i Józefa Radowskich (dom przy
cmentarzu, obecnie zamieszkuje w nim Urszula Radowska i jej syn Dawid z
rodziną). Przed zabawą z największego pokoju wynoszono meble. Pani
Radowską przygotowywała całą dzieżę (naczynie w którym przygotowywano
ciasto chlebowe) pączków. Wszystkim uczestnikom zabawy na harmonii
przygrywał Pan Franciszek Tom (pradziadek pani Ewy Russ), posiadał on
niebywałą umiejętność naśladowania głosu trąbki, można powiedzieć, że
jednoosobowo tworzył cała orkiestrę. W tak skromnych warunkach
wszyscy bawili się znakomicie. Niemcy świętowali, nie koniecznie w tym
samym terminie co Polacy, w sali u pana Schmidt’a na ulicy Kościelnej.
Pani Anita i jej mąż
po objęciu gospodarstwa podjęli decyzję o kolejnej przebudowie domu.
Remont był konieczny z uwagi na stan dachu domu, który został poważnie
uszkodzony
w wyniku działań wojennych. Postanowili go obniżyć i zlikwidować
piętro, zastępując je typowym poddaszem. Podjęli taką decyzję, ponieważ
w tym czasie część mieszkalna znacznie się powiększyła, nie działał już
sklep, bar, nie było pokoju do gry w karty, a wszystkie te
pomieszczenia powiększyły część mieszkalną. Remont w tym okresie nie
był sprawą prostą, brakowało wszystkiego. Nawet tak prozaiczna sprawa,
jak przetarcie drewna w tartaku, było ogromnym wyzwaniem. W tartakach
można było poddawać obróbce tylko drewno pochodzące z zakładów
państwowych, a państwo Misiak mieli drewno
ze swojego prywatnego lasu. I tu pani Anita wykorzystała swoją znajomość
z praktyki szkolnej, którą odbyła w tartaku w Lipce. Kierownik tartaku
zobowiązał się, że jej pomoże. Obiecał, że w niedzielę przygotuje jej
drewno potrzebne do remontu domu. Słowa dotrzymał. Jak się okazało
przetarcie drewna nie było wcale takie łatwe, poszło wiele tarcz,
ponieważ w kłodach drewna tkwiło wiele pocisków i odłamków.
Ojciec pani Anity bardzo dbał o wykształcenie swoich dzieci. Mimo,
że w Radawnicy funkcjonowała szkoła polska, posłał swoje starsze dzieci
do szkoły niemieckiej. Była to dla niego bardzo trudna decyzja. Zrobił
to w trosce o przyszłość swoich dzieci, ponieważ tylko ukończenie
szkoły niemieckiej stwarzało możliwość kontynuowania nauki w gimnazjum.
Ta decyzja wywoływała niezadowolenie wśród innych Polaków. Pani Anita
rozpoczęła naukę w okresie powojennym już w szkole polskiej. Po
ukończeniu szkoły podstawowej chciała kontynuować naukę w Technikum
Rolniczym w Złotowie. Nie została przyjęta, ponieważ była córką kułaka.
Po roku przerwy złożyła ponownie podanie, tym razem do Technikum
Ekonomiczno-Finansowego
w Chojnicach. Tu jej podanie zostało pozytywnie rozpatrzone. W
tym czasie gospodarstwem zarządzała mama pani Anity, wtedy już wdowa.
Gospodarstwo zostało wcielone do kołchozu dzięki czemu pani Anita
przestała być córką kułaka.
Po zakończeniu wojny mama pani Anity postanowiła kontynuować rodzinną
tradycję i ponownie otworzyła sklep. Zaczął działać bar i przywrócono
wyposażenie pokoju do gry w karty. Pani Anita doskonale pamięta, gdy
w pierwszych latach po wojnie stołowali się w ich lokalu nauczyciele
miejscowej szkoły: kierownik pan Piszczek (były żołnierz, uczestnik
obrony Westerplatte,
w czasie kampanii wrześniowej), pan Materek i Nagórny.
Szczególnie zapamiętała panią Beczer, żonę carskiego pułkownika, która
w miejscowej szkole uczyła języka rosyjskiego. Panią Beczer
cechowała odmienność w sposobie bycia czy spożywania posiłków. To
co wszystkim rzucało się w oczy, to jej życiowa niezaradność.
Przyzwyczajona do służby nie potrafiła sobie porodzić
z najprostszymi czynnościami, jak przygotowanie posiłku czy napalenie w
piecu. Może właśnie dlatego ta pani utkwiła tak bardzo w pamięci
małej Anicie. Pan Julian Materek zachował się we wspomnieniach pani
Misiak jako wspaniały człowiek i nauczyciel, który w czasie wojny
walczył w oddziałach Armii Krajowej. Po podjęciu pracy nauczyciela w
radawnickiej szkole wynajął pokój
w domu u pani Rozalii Kaźmierczak. Niestety był ciągle nękany przez
Urząd Bezpieczeństwa. Mama pani Anity gdy tylko słyszała w nocy odgłos
zatrzymującego się samochodu, pukała szybko do drzwi pokoju pana
Materka, dzięki temu czasami udało mu się uciec. Spotkania z
przedstawicielami Urzędu Bezpieczeństwa odbywały się w różnych
godzinach, najczęściej jednak w nocy. Zmęczony ciągłym nękaniem,
niekończącymi się przesłuchaniami, po którymś nocnym aresztowaniu, w
czasie przewozu do siedziby UB, pan Materek zwrócił się do ludzi którzy
go transportowali z prośbą aby go rozstrzelali i zakończyli
w ten sposób prześladowanie. To było ostatnie aresztowanie pana Juliana Materka.
W pierwszych miesiącach po zakończeniu wojny,
sklep Rozalii Kaźmierczak świetnie prosperował, a bar tętnił życiem.
Niestety po dwóch latach, z uwagi na ogromne obciążenia podatkowe, mama
pani Anity była zmuszona zakończyć działalność gastronomiczno-handlową.
Był to moment w którym posiadłość zmieniła swój charakter z
handlowo-usługowego na typowo rolniczy
i tak pozostało do dzisiaj.
Ojciec pani Anity był myśliwym, było to jego hobby i jednocześnie
wytchnienie od codziennej pracy w gospodarstwie. W gronie myśliwych
panował zwyczaj, który kazał każdy sezon polowań zakończyć
wspólną biesiadą w domu któregoś z myśliwych. Mama pani Anity, często
wspominała, jak po zakończeniu któregoś z sezonów łowieckich upiekła
pięćdziesiąt kuropatw. Nie było to łatwe zadanie. Najpierw upolowane
ptaki trzeba było oprawić, potem każdą kuropatwę zawijano w liście
winogron i dopiero wtedy trafiały do pieczenia. Ale za to efekt długiej
pracy w kuchni, został wynagrodzony zachwytem biesiadników,
a pieczone kuropatwy bardzo szybko zniknęły z półmisków. Tata pani
Anity udając się na polowanie zabierał przygotowane przez żonę kanapki,
zdarzało się, że część z nich przynosił ze sobą do domu. Kanapki
najczęściej były bardzo zimne, czasami wręcz zamarznięte. Dzieci
nazywały je kanapkami od zająca
i często walczyły o ten wielki dla nich przysmak.
Koniec wojny okazał się dla rodziny Kaźmierczaków bardzo bolesny,
14 stycznia 1945 roku na zawał serca zmarł Piotr Kaźmierczak. W dniu
pogrzebu 17 stycznia został ranny jego syn Henryk. Rodzina nie
wiedziała, że przebywał on w szpitalu. Obrażenia jakich doznał były
bardzo rozległe i spowodowały jego śmierć w maju 1945 roku. Matka pani
Anity nigdy nie pogodziła się ze śmiercią syna, z którym wiązała
wielkie nadzieje. Henryk rozpoczął studia w Akademii Medycznej we
Wrocławiu, niestety nigdy nie było dane mu ich ukończyć. Pani Anita
dokładnie pamięta jak jej mama otrzymała zawiadomienie o śmierci syna
i kilka jego osobistych rzeczy: listy, żołnierski zestaw sztućców, kalendarz
i przestrzelony portfel. Był to dla niej, ale również rodzeństwa
ogromny cios. Kalendarz pani Anita przechowuje jako jedyną osobistą
pamiątkę po swoim bracie. Pokazała mi również album ze zdjęciami z
cmentarza w Laupheim, na którym pochowany jest Henryk Kaźmierczak.
Album został wykonany 23.01. 2018 roku przez syna kuzyna pani Anity
Misiak. Na jego pierwszej stronie zapisano słowa: Pamięci Henryka.
Pani Anita Misiak przez całe swoje dorosłe życie pracowała społecznie
na rzecz lokalnej społeczności. Przez dwadzieścia pięć lat pełniła
funkcję przewodniczącej Koła Gospodyń Wiejskich w Radawnicy. W tym
okresie koło działała bardzo prężnie. Panie organizowały zabawy i to
nie tylko w karnawale, wyjazdy na targi poznańskie, przygotowywały
przedstawienia teatralne. Pani Anicie szczególnie utkwił w pamięci
spektakl Moralność pani Dulskiej Gabrieli Zapolskiej. Sztukę obejrzeli
nie tylko mieszkańcy Radawnicy, wystawiono
ją również w pobliskiej Starej Wiśniewce.
Bardzo zaangażowana w życie kulturalne Radawnicy jest również synowa pani Anity – Grażyna.
W trakcie któregoś ze spotkań pani Anita powiedziała słowa: Kiedy tu
były Niemcy wyzywano nas od Polaków, a jak powstała Polska nazywano nas
Niemcami. Te słowa odzwierciedlają sytuację wszystkich
mieszkających
tu Polaków w okresie powojennym.
Wspomnień wysłuchała i spisała Małgorzata Wojtkiewicz
Radawnica, 04.01.2020 r.
Kolejni właściciele gospodarstwa:
Piotr i Rozalia Kaźmierczak od 1906 do 1956 (po śmierci męża w 1945 roku gospodarstwem kierowała Rozalia Kaźmierczak)
Anita i Joachim Misiak od 1956 do 1994 roku,
Marian i Grażyna Misiak od roku 1994
Dzieci Rozalii i Piotra Kaźmierczaka:
Józef ur. 09.03.1922r. zm. 1986r.
Henryk ur. 15.06.1925 r. zm. 10.05.1945r.
Eleonora ur. 22.12.1937.r zm. 06.12. 1993r.
Anita Maria
Dzieci Anity i Joachima Misiak
Marian ur. 04.08. 1957r.
Bogdan ur. 07.06.1959r.
Lucyna ur. 22.03.1961r.
Ewa ur. 28.12. 1966r. zmarła 11.04.2012
Dzieci Mariana i Grażyny Misiak
Karol ur. 16.02.1981r. zmarł 05.09.2001r.
Katarzyna ur.17.07.1983r.
Radosław ur.17.11.1988r.
Dzieci Bogdana i Doroty
Angelika ur. 05.04.1989r.
Aleksandra ur. 24.08.1991r.
Maciej ur.18.10.1995r.
Dzieci Lucyny (zd. Misiak) i Andrzeja
Ewa ur.12.02.1984r.
Dzieci Ewy (zd. Misiak) i Dariusza Orciucha
Kuba ur. 16.07.1990r.
Bartłomiej ur.29.07.1992r.
Aleksandra ur.23.07.1994r.
Zuzanna ur.12.01.2006r.
Dzieci Katarzyny (zd. Misiak) i Łukasza Kopeć
Szymon ur.28.10.2001r.
Paskal ur.28.04.2003r.
Lilianna ur.11.03.2012r.
|
|
|
Złoty
Medal Opiekuna Miejsc Pamięci Narodowej
Galeria
absolwentów
Szkolny zestaw podręczników
Kalendarz roku szkolnego

UCZNIOWIE: Strony www
Plan lekcji


Innowacje
Dobre praktyki
Kontakt


|