Historia rodziny Jaszczyk

 

 

Historia rodziny Jaszczyk, którą opowiedziała mi pani Emilia Tasarz, rozpoczęła się setki kilometrów stąd, by w okresie powojennym wpleść się w historię Radawnicy i jej okolic. Do dziś mieszkają tu dzieci Katarzyny i Tomasza  Jaszczyk: Danuta  Glazik, Bolesław Jaszczyk i najstarsza z rodzeństwa - Emilia Tasarz, która  przybyła do Radawnicy stosunkowo niedawno, w roku 2004. Swoją opowieść pani Emilia rozpoczęła od okresu przedwojennego. Ojciec pani Emilii, Tomasz Jaszczyk osiedlił się jako osadnik wojskowy we wsi Burakówka, w województwie tarnopolskim na Ukrainie. Przed wojną należał do Towarzystwa Strzeleckiego, które miało charakter paramilitarny, ta przynależność nadawała mu status osadnika wojskowego. Pan Jaszczyk kupił dość znaczny areał roli od polskiego dziedzica, który jako patriota nigdy nie sprzedał kawałka ziemi żadnemu Ukraińcowi. Dość duże gospodarstwo zapewniało rodzinie spokojny byt, bez trosk materialnych. Trwał on jednak stosunkowo krótko. Nadszedł rok 1939. W spokojnym do tej pory Burakówku, dużej wsi w  powiecie Zaleszczyki, gdzie zgodnie żyli Polacy, Ukraińcy i Żydzi, gdzie obok siebie stały cerkiew, kościół i synagoga, zaczęły się antagonizmy pomiędzy sąsiadami.

Pewnej niedzieli pan Tomasz Jaszczyk po wyjściu z kościoła został zaczepiony przez rosyjskich żołnierzy, którym nie spodobały się zbyt czyste ręce ich właściciela. Nazwany „pomieszczukiem” , mógł za to drogo zapłacić, na szczęście skończyło się tylko na zwykłych szykanach i obelgach. Pani Emilia do dziś pamięta noce pełne złowieszczego warkotu samochodów i sprzętu wojskowego transportowanego na ziemię rumuńską. Była pełna niepokoju, pomimo młodego wieku zdawała sobie sprawę, że wojna nie niesie ze sobą niczego dobrego. Bała się o swojego ojca, wiedziała, że w każdej chwili może zostać powołany do wojska, podobnie jak sąsiedzi i bracia pana Jaszczyka. Wszyscy wcielani w szeregi armii cieszyli się, że idą bronić Polski. Rozprawiali o tym bardzo żywo w czasie pożegnań, które często kończyły się zapewnieniami, że wrócą, ale dopiero wtedy, gdy wyzwolą ojczyznę.

Nadszedł 17 września, rozpoczął się nowy rozdział w życiu Polaków na wschodzie. Byli zagrożeni zarówno ze strony żołnierzy rosyjskich, jak również Ukraińców. W pięknym, obszernym, nowym domu państwa Jaszczyk zagościł niepokój i niepewność.

Wczesny sobotni ranek 10 lutego 1940 roku przywitał ich dobiegającymi z głębi wsi lamentami dzieci i dorosłych, płaczem i ujadaniem psów. Zaniepokojony Tomasz Jaszczyk zostawił rodzinę i poszedł zobaczyć, co spowodowało takie zamieszanie. Dochodziła ósma rano, ojciec nie wrócił, dziewięcioletnia Emilka szykowała się do szkoły. Nauczycielka, która wynajmowała pokój u państwa Jaszczyk, zaniepokojona wróciła ze szkoły, by ostrzec rodzinę, że czeka ją aresztowanie. Prosiła, by ciepło ubrać dzieci. Nikt nie wiedział, co może się zdarzyć. Po paru minutach to właśnie ona zauważyła zbliżający się złowrogi patrol złożony z dwóch żołnierzy rosyjskich i jednego ukraińskiego. Wśród krzyków i gróźb dano rodzinie 15 minut na przygotowanie się do wyjazdu w nieznane. Matka pani Emilii – Katarzyna, stała w zupełnym osłupieniu, wysłuchując ponagleń żołnierzy i ich ostrzeżeń, że jeśli mąż nie wróci, zostaną rozdzieleni. Kto wie, jaki byłby dalszy los rodziny, gdyby nie pomoc sąsiadki, zrozpaczonej, że gdy zabierano jej dzieci, nie zdążyła ich odpowiednio zabezpieczyć. To ona zadbała, by rodzina wzięła ciepłą odzież i żywność, zorganizowała zbiórkę chleba wśród zgromadzonych przed domem sąsiadów. Za swoją zapobiegliwość została uderzona kolbą przez ukraińskiego żołnierza. Wrócił ojciec i tak cała rodzina: Tomasz i Katarzyna Jaszczyk oraz ich dzieci, wówczas dziewięcioletnia Emilia i czternastomiesięczny Bolesław, znaleźli się w mroźny lutowy dzień na saniach, na które załadowano również trzy worki zboża, słoninę, ciepłą kołdrę, pierzynę, siedem kur, odzież i worek chleba. Wszystkie aresztowane polskie rodziny załadowane na sanie, gromadzono na pobliskiej drodze. Konwój stawał się coraz dłuższy. Aresztowania trwały od wczesnego rana do późnego wieczora. Ludzie byli zmarznięci, zdezorientowani. Nikt nie wiedział, co będzie dalej, nikt nie przypuszczał, jak długa czeka ich podróż. Po siedemnastej, pod nadzorem żołnierzy rosyjskich i ukraińskich, więźniów przewieziono na pobliską stację kolejową, na której do brudnych węglarek ładowano od ośmiu do dziesięciu rodzin. Na środku każdego wagonu znajdował się mały piec i trochę węgla. Już sam początek podróży był dla pani Emilii niezwykle trudny. Wyrwana wcześnie rano z domu bez posiłku, odczuwała straszne pragnienie, niestety nie było go, czym ugasić. Emilka wdrapała się na worki zboża ułożone przez zesłańców przy zamkniętych drzwiach wagonu i zdrapywała szron. Była to niewielka ulga, w końcu zemdlała. Po dwóch dniach podróży w nieznane, pociąg zatrzymał się. Odryglowano drzwi, przydzielono na każdy wagon po dwa wiadra wody i niejadalnej, pełnej plew owsianki. Na jednym z postojów mała Emilka wyprosiła na ojcu, by iść z nim po przydział wody. Chciała zwyczajnie przejść się po wielu dniach bezczynności w wagonie, w którym mogła jedynie oglądać mijane miejsca przez zakratowane, małe okienka. Rosyjski żołnierz, widząc małe dziecko, bez rękawic, w czasie siarczystego mrozu, zdjął swoje i podał zaskoczonej Emilce. W czasie trwającej miesiąc „podróży” były dwa dłuższe postoje - jeden w okolicach Charkowa, drugi w górach Ural. W czasie drugiego postoju werbowano młodych mężczyzn do pracy w kopalniach. Tutaj rodzina państwa Jaszczyk pierwszy raz posmakowała zupy z niedźwiedzia. Pani Emilia do dziś pamięta jej ciemny, prawie brunatny kolor. Tych, którzy nie zdecydowali się na pozostanie w kopalniach, załadowano na nieosłonięte niczym ciężarówki i podróż w nieludzkich warunkach, w bardzo niskiej temperaturze, przy wiejącym wietrze, który wzmagał uczucie zimna trwała cały długi dzień. W nieznanym miejscu zesłańców umieszczono w cerkwi, która wydawała się cudownym schronieniem, osłaniała przed zimnem i wiatrem. Po dwóch godzinach pojawili się żołnierze NKWD i wydali rozkazy, by wszyscy, oprócz mężczyzn, ładowali się na sanie, którymi miał się odbyć następny etap podróży. Mężczyźni błagali, by pozwolono wszystkim trochę odpocząć i ogrzać się, ale bezlitosna postawa NKWD uciszyła prośby. Znękani, zmarznięci zesłańcy zajęli miejsca w saniach. Mieli przed sobą ostatni etap podróży, przeprawę przez zamarzniętą rzekę Pojma. Mężczyźni przytrzymywali sanie, które posuwały się jedne za drugimi. Było to niezwykle ważne, gdyż każde wypadnięcie z kolein groziło wywrotką. Przeprawa przez rzekę trwała całą noc. Następnego dnia wieczorem, zesłańcy dotarli na miejsce przeznaczenia do miejscowości Kalucze w Obwodzie Irkuckim. Na miejsce zsyłki, niestety, nie dotarli wszyscy. Część, szczególnie dzieci i osoby starsze, nie wytrzymały trudów podróży. Zmarłych zostawiano w miejscach postoju. Ku rozpaczy najbliższych, nie wolno było ich pochować. Krótkie przerwy w podróży zarządzano tylko po to, by lokomotywa uzupełniła zapasy węgla, a podróżni mogli zaopatrzyć się w wodę. Brat pani Emili, Bolesław, przeżył. Zawdzięczał to najprawdopodobniej własnej matce, która cały czas karmiła go piersią.

Zesłańców rozmieszczono w barakach zbudowanych z drewnianych belek, wypełnionych mchem. Każda rodzina otrzymała swoją przydziałową pryczę i wiadro, w której mogła przechowywać przyniesioną z rzeki wodę.

Wokół obozowiska wszędzie rozciągała się tajga. Osadę oddzielały od reszty świata z jednej strony bagna, z drugiej rzeka Pojma. Do osady najłatwiej było dotrzeć zimą, gdy rzeka była zamarznięta. Jak wspomina pani Emilia, brakowało im wszystkiego poza drewnem i pluskwami, które nawet w nocy nie dawały wytchnienia. Jeszcze wtedy zesłańcy nie wiedzieli, że wraz z nadejściem wiosny do ich dręczycieli dołączą ogromne ilości muszek i komarów.

Tuż po przyjeździe wśród zesłańców wybuchł tyfus. Zachorował pan Tomasz Jaszczyk. Przeżył, jak sam wspominał po latach, chyba dzięki siedmiu zabranym kurom, które dotarły również na miejsce zsyłki. Pani Katarzyna poświęciła je na żywność i gotowała mężowi pożywny rosół. Po paru dniach pan Tomasz powrócił do zdrowia. W baraku chorowało wielu ludzi, pani Emilka podawała im wodę, by trawieni gorączką, mogli ugasić pragnienie. Jej organizm był na tyle silny, że oparła się chorobie. Każdego dnia śmierć zbierała wśród zesłańców swoje żniwo. Wieczna zmarzlina uniemożliwiała godne pochowanie zmarłych. Zimą trumny zakopywano w śniegu, nocą podkradały się dzikie zwierzęta i rozszarpywały zwłoki. W tym nieprzyjaznym miejscu mężczyźni pracowali przy wyrębie drzew. Każdy z zesłańców otrzymywał przydział żywności, pracujący - 400 gramów, niepracujący i dzieci 200 gramów chleba. To było wszystko, czym zesłańcy mieli zaspokoić swój głód, pracując w tak ciężkich warunkach. Wraz z nastaniem wiosny pan Tomasz Jaszczyk został wysłany na spław drewna. Prowizorycznie zmontowane, z ogromnych drewnianych bali tratwy, były bardzo niebezpieczne. Wielu mężczyzn nie przeżyło tej podróży. Rzeki Jenisiej i Angara, którymi odbywał się spław, często ze spokojnych zmieniały się w nieprzyjazne, o bardzo szybkim nurcie. Zdarzało się, że tratwy roztrzaskiwały się o strome brzegi. Dla wpadających do rzeki ludzi nie było żadnego ratunku. Dopłynięcie na przeciwległy brzeg było niemożliwe, tak samo jak pokonanie stromego, niemalże pionowego zbocza, na które natrafiały rozpędzone tratwy. Pani Katarzyna za udział męża w spławie drewna otrzymała pieniądze i mogła zakupić dodatkową żywność. Udała się wraz z maleńkim Bolesławem i Emilką do pobliskiej miejscowości, aby zakupić zupę. Pani Jaszczyk niosła na rękach swojego małego synka, a zadaniem Emilki było doniesienie do domu zakupionego całego litra zupy botwinki. Było to zadanie wcale niełatwe, bo garnek miał tylko jedno ucho, a rozmoczona po deszczu ziemia była bardzo śliska. W pewnym momencie Emilka pośliznęła się i prawie połowa zawartości garnka wylała się. Pani Emilka do dziś pamięta, jak obie z matką pochyliły się nad do połowy opróżnionym garnkiem i płakały.

Na Syberii nic nie miało takiej wartości jak żywność. Podobnie jak inni zesłańcy, państwo Jaszczyk wymieniali stopniowo przywiezioną ze sobą odzież na żywność. Ich dość skąpy, przywieziony z Polski majątek stopniowo topniał. Nawet zabrana z Polski kołdra została przerobiona na jaśki i wymieniona na żywność. Czasami taki jasiek miał wartość zwykłej brukwi. Pani Emilia do dziś wspomina swój piękny strój krakowski uszyty jeszcze w Polsce z bardzo dobrego materiału ( metr kosztował aż cztery złote, dla porównania dniówka pracownika zatrudnianego w gospodarstwie wynosiła 1 złoty). Z nim też musiała się rozstać, został wymieniony na żywność. Pomału rodzina stawała się coraz uboższa, zaczynało brakować rzeczy, które mogłyby mieć jakąś wartość w handlu wymiennym z Rosjanami,rzeczy,za które można byłoby zdobyć żywność.

Pan Tomasz Jaszczyk był wielokrotnie namawiany do przyjęcia rosyjskiego paszportu, ale za każdym razem odmawiał. Nawet w tak skrajnie trudnych chwilach nie potrafił zaprzeczyć, że jest Polakiem i poddać się rozkazom rosyjskiego komendanta. Dopiero pod wpływem polskiego lekarza, który wraz z innymi przeżywał trudy zesłania, przyjął rosyjski paszport, by móc poruszać się po terenie Rosji. Była to jedyna nadzieja na wyrwanie się z tego przeklętego miejsca. Pan Jaszczyk wraz z innymi Polakami marzył o wyjeździe do Taszkientu. Zarobione w takim trudzie, w niebywałym mrozie, który niejednokrotnie przekraczał – 40°C pieniądze, przekazali Polakowi, który miał wykupić bilety do Taszkientu. Zesłańcy nigdy nie zobaczyli ani biletów, ani Polaka, który zniknął bez śladu, zabierając zesłańcom nadzieję. To nieostatnia niegodziwość, jaka ich spotkała. Któregoś dnia, po zebraniu odpowiednich funduszy wyruszyli w podróż do upragnionego Taszkientu. Bilety zakupił Polak. Niestety, okazał się niegodziwcem. Zamiast do Taszkientu, wykupił biletu do następnego obozu w tajdze, sprzedał swoich rodaków Rosjanom. Zesłańcy wyruszyli w podróż z wielką nadzieją i nikt nie przypuszczał, że ich podróż wiedzie w innym kierunku. W trakcie postoju w Nowosybirsku, gdzie mieli przesiadkę, skierowano ich do innego pociągu, którym dojechali do kolejnego obozu w tajdze. Ten obóz nie miał nawet nazwy, tylko numer 41. Poza miejscem pobytu zmianą był jeszcze bardziej okrutny komendant, który nie miał żadnych skrupułów w zmuszaniu ludzi do pracy ponad siły. W czasie przesiadki w Nowosybirsku, Emilka podążała za rodzicami, którzy nieśli bagaże i małego brata. Trzeba było pokonać spory kawałek drogi. W pociągu, którym rodzina dotarła do Nowosybirska, panował zaduch i było jak na warunki syberyjskie dość ciepło. Emilka, jak i pozostali pasażerowie, po wyjściu z wagonu musieła się zmierzyć z czterdziestostopniowym mrozem. Dla Emilki było to ponad siły. Do dziś pamięta, jak ponaglana przez ojca, nie mogła poruszać nogami, czuła, że cała zamienia się w sopel lodu. Jak się później okazało, zamarzło na niej ubranie. Przypłaciła to chorobą, jej nogi pokryły sine, bardzo bolesne guzy. Dziewczynka z trudem wytrzymywała ból, płakała, jęczała. Jedna z rosyjskich kobiet, która wraz z innymi oczekiwała przed sklepem na przydział chleba, zainteresowała się losem dziecka. Przyszła do nowego syberyjskiego „mieszkania” rodziny Jaszczyk, które mieściło się naprzeciwko sklepu. Jak mówiła, nie mogła słuchać jęków dziecka. Matka pani Emilii wylała swój żal, może nie ta kobieta powinna go wysłuchać. Ale pani Katarzyna powiedziała to, co leżało jej na sercu. Przecież to Rosjanie zesłali ich na Syberię, a teraz pytają, dlaczego płacze dziecko. Nieznana kobieta chciała jakoś pomóc dziecku, wzięła Emilkę za rękę i razem z nią poszła do swojego domu. Była to zwykła ziemianka. Miała trochę ziemniaków, podzieliła się nimi z rodziną. Ten dzień był dla jej członków szczęśliwy, bo nie tylko otrzymali ziemniaki, które pięknie pachniały w domu, gdy ojciec wrócił z pracy. Tego dnia przyniósł on całe wiaderko kiszonej kapusty, która była zapłatą za ostatnią koszulę. Matka bardzo cieszyła się zdobyczą do czasu, gdy nie ujrzała wśród kapusty małej żabki. Ogromna ilość muszek i komarów, które nie dość, że dręczyły zesłańców ukąszeniami, przenosiły malarię. Zachorowała pani Katarzyna i została umieszczona w szpitalu w miejscowości Krajuszkin. Jedynym lekarstwem, jakie otrzymywała, była chinina. Bardzo skromne posiłki, mleko rozcieńczone wodą, podawane dwa razy w ciągu dnia, coraz bardziej osłabiały chorą. Pani Katarzyna, obawiając się, że choroba może okazać się dla niej śmiertelna, podjęła decyzję, że opuści szpital. Tak bardzo chciała jeszcze zobaczyć swoje dzieci. Zupełnie wyczerpana, pieszo pokonała dziesięć kilometrów, które dzieliły, Krajuszkin od obozu 41. Na malarię zachorował również pan Tomasz Jaszczyk. Pani Katarzyna, bez zgody, odwiedziła męża w szpitalu. Szpicle, którzy byli wszędzie, donieśli o tym fakcie komendantowi. Pani Katarzynie została wymierzona kara, miała 3 noce spędzić w kostnicy. Po powrocie ze szpitala, karę za żonę odbył pan Tomasz.

Pan Jaszczyk cały czas myślał o wyjeździe. Następnym miejscem ich pobytu na Syberii był Kołchoz, Pikańsk. W tym kołchozie spędzili lato i pół zimy. Wśród zesłańców byli głownie Rosjanie. Wraz z rodziną państwa Jaszczyk przebywały jeszcze tylko trzy polskie rodziny. Pan Tomasz wraz z Rosjaninem został zatrudniony przy transporcie zboża do pobliskiego miasta. Czasami każdemu z nich udało się sprzedać nielegalnie trochę zboża. Pan Jaszczyk rozprowadzał zboże wśród znajomych rodzin rosyjskich, swoich odbiorców miał też jego kolega. Zbytnia gadatliwość Rosjanina doprowadziła do jego aresztowania, wydali go sąsiedzi. Pan Jaszczyk czuł się bardzo zagrożony, został wezwany jako świadek. Zdawał sobie sprawę, że przed rosyjskim sądem ze świadka zostanie szybko zamieniony w oskarżonego. Przed opuszczeniem rodziny pożegnał się, zaznaczając, że mogą się już nigdy nie spotkać. Pani Emilia do dziś pamięta, jak wychodząc z domu, powiedział, że jeśli nie wróci następnego dnia wieczorem, to nie wróci już nigdy. Matka dała mu na drogę mały chlebek, którym miała podzielić się cała rodzina przy wieczornym posiłku. Minął dzień, potem następny, wszelki słuch o nim zaginął. Rodzina była pełna niepokoju i złych przeczuć. Tymczasem pan Jaszczyk pod czujnym okiem rosyjskiego policjanta, za murami więzienia, oczekiwał na przesłuchanie. Zdawał sobie sprawę, że ważą się losy jego życia. Musiał przechytrzyć rosyjskiego policjanta, poprosił o oddalenie, Rosjanin wyraził zgodę, pod warunkiem, że zostawi chleb jako gwarancję, że wróci. Pan Jaszczyk, poświęcił bezcenny w tych warunkach bochenek chleba, oddalił się, po czym przeskoczył więzienny płot i czym prędzej oddalił się od niegościnnego miejsca. Znalazł schronienie wśród rosyjskich rodzin, z którymi handlował zbożem, ukrywał się przez dwa tygodnie.

W tym czasie jego rodzina przeżywała chwile grozy, spowodowane nie tylko niepokojem o losy ojca. Rodzina była w posiadaniu dwóch bezcennych, nielegalnych worków zboża. Jeden z nich był ukrywany w budynku gospodarczym, do którego wdarła się świnia sąsiadów. Wywęszyła zboże, rozdarła worek. Teraz, na skutek niefortunnego zdarzenia, o posiadaniu nielegalnego zboża dowiedziała się rosyjska sąsiadka. Niezwłocznie powiadomiła władze. Następnego dnia NKWD przeprowadziło rewizję w domu państwa Jaszczyk, poszukując zboża. W momencie rewizji jeden z worków był ukryty na zewnątrz domu, zamaskowany śniegiem, drugi leżał na piecu, który w nocy pełnił rolę łóżka. Emilka, udając chorą, ułożyła się wraz z bratem na piecu, maskując ukryte tam zboże. Dzięki przytomności umysłu Emilki, a także przychylności jednego z członków komisji, Rosjanina z sąsiedztwa, rodzina uratowała nie tylko życie, ale również zboże.

Po dwóch tygodniach wrócił ojciec, radość połączona była z obawą, co teraz będzie, jakie represje mogą spotkać rodzinę. Pod osłoną nocy ojciec ponownie uciekł. Wrócił po dwóch tygodniach saniami zaprzężonymi w konie i kazał rodzinie szykować się do drogi. Teraz przygotowanie było bardzo krótkie, rodzina nie miała już prawie niczego. Podróż trwała całą noc i dzień. Przybyli do sowchozu, położonego w pobliżu miejscowości Bernału w Ałtajskim Kraju . Wraz z trzema rosyjskimi rodzinami otrzymali zakwaterowanie w niedużym domku. Pan Tomasz został zatrudniony jako stolarz. Nie posiadał żadnych kwalifikacji ani umiejętności, ale w sowchozie brakowało mężczyzn. Wielu zostało powołanych do wojska. Matka pani Emilii pracowała w oborze, pod swoją opieką miała 18 krów. Rodzina miała przydzielony kawałek ziemi, na którym mogła uprawiać ziemniaki i warzywa. Było to niezwykłe dobrodziejstwo. Ziemia była bardzo urodzajna, nie wymagała specjalnych zabiegów, by wydać obfity plon. Pani Katarzyna zdobyła ziemniaki, które mogła wreszcie posadzić i żywiła nadzieję, że pomogą zaspokoić głód, który towarzyszył zesłańcom od początku pobytu na Syberii. Wsadzenie do ziemi całych ziemniaków byłoby zbyt dużą rozrzutnością, jako sadzeniaki wykorzystano tylko skrupulatnie oddzielone części, reszta została przeznaczona do sporządzenia posiłków.

Pewnego dnia kilkuletni Bolesław, bawiąc się w opuszczonym magazynie, dokonał bezcennego odkrycia. Zauważył, że uderzenie kijem w rurę powoduje wysyp ziarna. O swoim odkryciu natychmiast poinformował Emilkę. Siostra bardzo nieufnie podeszła do rewelacji przekazanej przez brata. Za jego namową wzięła wiadro i wraz z nim udała się do magazynu. Ku jej zaskoczeniu, każde uderzenie przez brata kijem w rurę, powodowało, że wysypywały się z niej ziarna pszenicy. Bolesław z takim zapałem uderzał w rurę, że dzieci zdołały napełnić pszenicą całe wiadro, które było tak ciężkie, że z trudem udało im się donieść do domu. Nie dość, że zmagali się z ciężarem, to obawiali się, że ktoś ich zauważy i doniesie komendantowi. Następnym problemem, który należało rozwiązać, było zmielenie zboża. Pod osłoną nocy Emilka, ich sąsiadka, i dziewczynka z sąsiedztwa, udały się przez bagna do pobliskiej wsi Żurawlichy, by spotkać się z umówionym młynarzem, który podjął się zmielić zboże. Była to niezwykle niebezpieczna przeprawa. Można było napotkać dzikie zwierzęta, a niosąc worek na plecach, trzeba było przeskakiwać z kępy na kępę, uważając, by nie pogrążyć się w bagnie. Zupełnie wyczerpane kobiety rano dotarły do młynarza. Emilka była tak zmęczona, że upadła wprost na worek. Po odebraniu mąki kobiety musiały przeczekać dzień, by znowu pod osłoną nocy wrócić do domu. Znalazły schronienie u rodziny sąsiadki. Nie dość, że mogły przeczekać dzień, dostały posiłek, na który składały się upieczone z ciemnej mąki kołaczyki i mleko. Ten posiłek był dla Emilki niczym wielka uczta. Po raz pierwszy od opuszczenia Polski mogła posmakować mleka.

Po trzech latach pobytu na Syberii Tomasz Jaszczyk otrzymał wezwanie do wojska i został wcielony w Siedlcach nad Oką, gdzie formowała się I Dywizja im. Tadeusza Kościuszki. Wyruszył na wojnę pod dowództwem generała Berlinga. W czasie przemarszu przez rodzinne tereny zwalczył pokusę, by odwiedzić rodzinną wieś, ta decyzja okazała się zbawienna. Wszyscy jego koledzy, którzy poszli, by chociaż przez chwilę zobaczyć rodzinę, znajomych, nigdy nie wrócili, zostali zabici przez Ukraińców.

 Pan Jaszczyk przeszedł cały szlak bojowy od Lenino do Kołobrzegu, gdzie został ciężko ranny. Po zwolnieniu ze szpitala wojskowego został uznany za niezdolnego do służby wojskowej, trafił do rezerwy. Razem z dywizją przechodził przez miejscowości, do których potem wrócił, by osiedlić się wraz z rodziną. Stacjonował między innymi w Radawnicy. W swoich wspomnieniach opowiadał dzieciom, jak rannych żołnierzy umieszczono w kościele ewangelickim. Dziś jest to kościół św. Stanisława Kostki. Podczas zdobywania Wału Pomorskiego przechodził przez miejscowość Podgaje. Wraz z dywizją dotarł tam dzień po tragedii, jaka spotkała polskich żołnierzy wziętych do niewoli i spalonych żywcem w stodole. Pan Jaszczyk widział pogorzelisko, dopalające się szczątki ludzkich ciał.

Już jako rezerwista pan Jaszczyk wrócił szlakiem, który pokonywał wraz ze swoją dywizją. Za pozostawione mienie zabużańskie otrzymał 30 hektarowe gospodarstwo na wybudowaniu w Krzywej Wsi. Nie miał kontaktu z rodziną. Tymczasem Pani Katarzyna Jaszczyk z dziećmi przebywała nadal na Syberii. Wierzyła, że wrócą do Polski. Suszyła skromne racje chleba, które otrzymywała za pracę w sowchozie. Otrzymane w ten sposób sucharki miały być zabezpieczeniem na długą podróż. Przeżyła wraz z dziećmi za niewysokie wynagrodzenie, które wystarczało w zasadzie tylko na wykup przydziału chleba i sól. Pani Katarzyna, pracując w oborze, narażając się na surową karę, wynosiła dla dzieci mleko.   

Czyniła starania by móc z dziećmi wrócić do kraju. Pieszo udała się do Barnału oddalonego o 60 kilometrów, otrzymała zgodę na wyjazd dla siebie i syna. Przecież nie mogła zostawić na Syberii swojej córki. Utrudnienia czynione Polakom, by ich upokorzyć, zniechęcić do powrotu były na porządku dziennym. Pani Jaszczyk ponownie udała się do Barnału, otrzymała zgodę na wyjazd dla Emilki. Mimo trudów związanych z pokonywaniem pieszo długiej drogi, upokorzeń, była szczęśliwa, miała wszystkie niezbędne dokumenty.

1 maja 1946 roku pani Katarzyna Jaszczyk wraz z dziećmi wyruszyła do Polski. Podróż trwała cały miesiąc, ale to była już inna podróż. Żywi wracali do kraju. Pani Tasarz do dziś pamięta przeprawę przez Wołgę. Kiedy pociąg wjechał na drewniany most, ten zaczął się uginać, wydawać trzaski i wydawało się, że lada moment runą do ogromnej, wzburzonej rzeki. W obliczu ogromnego niebezpieczeństwa wszyscy modlili się, śpiewali religijne pieśni, to jeszcze bardziej potęgowało grozę. Przeprawa udała się. W trakcie postoju w Omsku, pani Emilia oddaliła się od pociągu, który według zapewnień załogi, miał odjechać za trzy godziny, bardzo chciała zdobyć jakiś ciepły posiłek, najlepiej zupę. W ostatniej chwili wyrwana z kolejki i ponaglana do szybkiego biegu, przez jednego z towarzyszy podróży, została wepchnięta do wagonu w momencie, gdy pociąg już ruszał. To zadecydowało, że matka nie pozwoliła jej już nigdy zanadto się oddalać, bardzo przeżywała nieobecność córki.

Rodzina spotkała się po długiej tułaczce i trzyletniej rozłące. Jaszczykowie zamieszkali w otrzymanym gospodarstwie, wraz z nimi mieszkała Niemka ze swoim małym synem, czekając na wyjazd do Niemiec. Tu na świat przyszło jeszcze dwoje dzieci państwa Katarzyny i Tomasza Jaszczyk, bliźnięta - Danuta i Jan. Praca w gospodarstwie z czasem stawała się zbyt ciężka dla państwa Jaszczyk, tym bardziej, że pan Tomasz ciągle odczuwał ranę, jaką otrzymał w głowę, nie mógł podołać pracy na roli. Lata spędzone na Syberii powracały nie tylko we wspomnieniach, ale wyraźnie odbiły się na zdrowiu, W końcu państwo Jaszczyk zmuszeni byli oddać gospodarstwo na skarb państwa. Po wielu staraniach, po roku mieszkania u syna, otrzymali wreszcie upragnione mieszkanie w Radawnicy. Było to mieszkanie beż żadnych wygód, bez kanalizacji, bez bieżącej wody - pokój, kuchnia i pokój na poddaszu. To mieszkanie było z całą pewnością lepsze niż wszystkie te, które mieli na Syberii. Nie można go było porównać z tym, które wzięło państwo w Krzywej Wsi ani z tym, które zostało w Burakówce.. Państwo Jaszczyk bardzo niechętnie wspominali najtrudniejszy okres swojego życia. Wspomnieniami nie chcieli dzielić się z obcymi. Tylko najbliżsi znali ich długą i ciężką drogę przez  Syberię.

Po latach, gdy rodzina dowiedziała się, jaki los spotkał ich sąsiadów z rodzinnej Burakowki, zrozumieli, że zsyłka na Syberię, tak okrutna i ciężka, tak naprawdę uratowała im życie. Wszyscy polscy osadnicy wojskowi, którzy uniknęli aresztowania, zostali w okrutny sposób wymordowani przez bandy UPA. Nie oszczędzono nikogo, nawet najmniejszych dzieci i kobiet.

Gdy słuchałam rodzinnej historii w oczach pani Tasarz wielokrotnie pojawiały się łzy. Mimo upływu tylu lat, wspomnienia są tak bolesne, że trudno je odtworzyć i słuchać bez emocji.

 

                Wspomnień wysłuchała i spisała: Małgorzata Wojtkiewicz

 

 

    Listopad 2006r.

 

 

 

 

 

 

 

 

Pieśń powstała w czasie wywózki na Syberię. Układały ją głównie zesłane nauczycielki, śpiewali wszyscy. Pani Emilia Tasarz, po tylu latach, odtworzyła wszystkie jej zwrotki.