|
Historia rodziny Herudaj
W grudniowy, mroźny wieczór 2010 roku spotkałam się z rodziną państwa Herudaj. Przy stole zasiedli: głowa rodziny – pan Leon, jego żona Teresa oraz mama pana Leona – pani Irena z domu Massel. Mimo że na dworze panowała prawdziwa zima, wszystko pokryte grubą warstwą śniegu, do tego mróz sięgający prawie 10 stopni, spotkanie było bardzo ciepłe. Wspomnienia wskazywały, że przeszłość rodziny, historia przodków jest wciąż żywa, chociaż momentami pojawiają się białe plamy i niestety, dziś trudno je wypełnić . Jak mówi pan Leon, gdyby uważniej słuchał wspomnień swojej cioci Izabeli, która zabierała go do sąsiadki, pani Antoniny Tom, z całą pewnością znałby dziś wiele faktów dotyczących nie tylko rodziny, ale i Radawnicy. Obie panie w czasie swoich sąsiedzkich pogawędek, wspominały sąsiadów, dawne życie, ale pan Leon jako dziecko, nie wsłuchiwał się w ich rozmowy, znajdując sobie ciekawsze zajęcie. Jedna z nielicznych zapamiętanych rozmów dotyczyła dzwonów kościelnych. Dzwony z kościoła w Kamieniu miały trafić do kościoła w Radawnicy. Załadowane na wozy wyruszyły na miejsce przeznaczenia, nie dojechały jednak do celu. W żaden sposób nie można było pokonać mostku pomiędzy Radawnicą a Kamieniem. Mimo kilku prób zamiar się nie powiódł. Woły w żaden sposób nie chciały przejść przez most i ruszyć w drogę. Dzwony wróciły do kościoła w Kamieniu. Dziś dzwonnica w Kamieniu jest zabytkiem i chlubą mieszkańców, którzy doprowadzili do remontu kościoła i dzwonnicy. Dzwony miały być zabrane Trudno ustalić, od kiedy rodzina Herudaj zamieszkuje w Radawnicy. Pan Leon pamięta, że jego dziadek i ojciec często powtarzali, że w okresie wojen napoleońskich jeden z przodków przyjechał wraz z właścicielem majątku do Radawnicy, prawdopodobnie był Francuzem. Początkowo pracował w miejscowym majątku jako woźnica. To właśnie on, według ustnie przekazywanej relacji, był protoplastą rodu, pierwszym który zamieszkał Członkowie rodziny Herudaj zawsze czuli się Polakami, w okresie międzywojennym po otwarciu szkoły polskiej, uczęszczały do niej wszystkie dzieci z ich rodziny. Ojciec pana Leona często wspominał pobyt w polskiej szkole. Obrona i akcentowanie polskości nie kończyło się wraz z lekcjami. Podczas powrotu do domu między dziećmi dochodziło często do zaczepek i bójek, używano do tego nierzadko drewniaków. Przecież wracali z różnych szkół: polskiej i niemieckiej. W rodzinie dbano o wykształcenie dzieci. Florian (brat Franciszka) jako jeden z nielicznych mieszkańców Radawnicy ukończył gimnazjum w Gorzowie. Wraz z nim naukę pobierali: Joachim Brzeziński (zamieszkały przy starej szkole) oraz Jan Brzeziński (zamieszkały przy kościele św. Barbary). Po wybuchu II wojny światowej mężczyźni z rodziny Herudaj, po skończeniu osiemnastego roku życia, byli wcieleni do Wermachtu. Najpierw do wojska trafił Franciszek, następnie kolejno jego wszyscy synowie: Bolesław (1942r.), Zygmunt, Walerian, najmłodszy z braci Józef trafił do Wermachtu w roku 1944. Franciszek, zaraz po zwerbowaniu,został przerzucony ze Złotowa do Piły. Tam świeżo upieczeni żołnierze kopali okopy, przygotowywali umocnienia. Franciszek i jego kolega zdecydowali się na ucieczkę, wrócli w rodzinne okolice. Aby nie narażać na niebezpieczeństwo rodziny ukrywali się w lesie. Czasami zachodzili do gospodarstwa Brzezińskich na wybudowaniu, by przygotować jakiś ciepły posiłek. W tym czasie mieszkańcy Radawnicy, z uwagi na zbliżający się front, zostali przesiedleni do Złotowa. Do Radawnicy wkroczyły już wojska rosyjskie, jeden z patroli w czasie inspekcji domu Brzezińskich zastał gorący jeszcze piec. Rosjanie sądzili, że zbiedzy są w stodole, najpierw ją ostrzelali, a następnie podpalili. Franciszek i jego towarzysz całe zajście obserwowali z ukrycia. Byli bezpieczni, na czas zdążyli uciec i schronić się w bezpiecznym miejscu. Bolesław Herudaj, ojciec Leona, przeszedł długi szlak bojowy. Był pod Leningradem i pod Lenino. W czasie stacjonowania pod Leningradem miało miejsce zdarzenie, które zadecydowało o jego życiu. Często do niego wracał, przekazując relacje rodzinie. Otóż którejś nocy miał sen, w czasie którego otrzymał wyraźne ostrzeżenie, by rano nie jechał po zaopatrzenie, bo zginie. Sen był na tyle sugestywny, że Bolesław bardzo poważnie potraktował zawarte w nim przesłanie, robił wszystko, by nie jechać. Ze zgrozą przyjął wiadomość, że wszyscy, którzy pojechali po zaopatrzenie, zginęli. Bolesław całą wojnę służył w artylerii, doszedł aż do Berlina. W chwili jego zdobycia dla wielu wojna się skończyła, nie dla niego. Dostał się do niewoli, był przecież żołnierzem pokonanej armii. W czasie drogi na wschód, w Poznaniu spotkał swojego brata Zygmunta. Zygmunt został zwolniony, wrócił do domu. O losie jeńców, o tym, czy wrócą do domu, czy dalej pozostaną w niewoli, decydowało badanie, podczas którego określano grubość fałdu skórnego. Najbardziej wychudzeni trafiali do domów. Ci, którzy mieli chociaż znikome ślady tkanki tłuszczowej, pozostawali w niewoli. Bolesław został przetransportowany do Rosji, trafił pod Moskwę. Pracował przy usuwaniu wojennych zniszczeń, zasypywał okopy. Z czasem trafił do kołchozu i tam wykonywał najcięższe prace. Nastawienie Rosjan do Polaków było bardzo wrogie, z tego powodu Bolesław nie przyznawał się, że jest Polakiem. Trafił do niewoli jako żołnierz Wermachtu dlatego, aby nie narażać się na szykany, mówił, że jest Niemcem. Praca ponad siły, słabe wyżywienie (często całodzienny posiłek stanowiła tylko gotowana kapusta) doprowadziły do tego, że w pewnym okresie był bardzo wycieńczony. Osłabienie było tak poważne, że nie mógł poruszać się o własnych siłach i gdyby nie opieka młodszego brata Józefa, najprawdopodobniej by nie przeżył. Z Rosji, wraz ze swoim szesnastoletnim bratem Józefem, trafił ponownie do Niemiec. Miał możliwość wyjazdu do Anglii. Po dwóch latach służby wojskowej w armii brytyjskiej mógł bez problemów otrzymać angielskie obywatelstwo. Nie dał się skusić, chciał wrócić do rodzinnego domu. Rodzinne podanie głosi, że okres swojej świetności gospodarstwo przeżywało w okresie, gdy zarządzał nim Maciej, człowiek podobno bardzo skąpy. Swego czasu wszedł w konflikt z miejscowym proboszczem. Maciej uważał, że droga przy jego gospodarstwie, która prowadzi do plebanii, tak naprawdę przynależy do jego gospodarstwa. Chcąc udowodnić swoje racje i je wyegzekwować, wyrzucił na drogę pniaki drzew, zagradzając księdzu dogodny wjazd do plebanii. Przez jakiś czas miejscowy proboszcz musiał korzystać z mniej dogodnej drogi na plebanię. Kto w tym konflikcie miał rację, trudno dociec, nikt nigdy nie robił pomiarów geodezyjnych. Faktem jest, że pniaki któregoś dnia zniknęły, usunął je najprawdopodobniej sam Maciej. Musiał być człowiekiem majętnym, podobnie jak jego ojciec Mikołaj, o czym może świadczyć wpis w kronice Radawnicy: „Skarga Mikołaja Herudaj z Radawnicy przeciw Karczmarzowi Augustowi Scheroc z polskiej Wiśniewki z powodu 306 marek i 25 fenigów na pięć procent pożyczki Oskarżony dnia 31.10.1883roku wziął ode mnie 1200 marek itemu samemu, gospodarstwo, parcela arkusz 29 w Carlsdorf położonym oddział numer 12 ,wniesione 900 marek obok odsetek oskarżony po kilka razy mi zwracał, tylko 300 marek. Reszt1) (900 marek) oskarżony od 10 października 1886 roku do 1 lutego bieżącego roku z 1,25 marek odsetkami nie zapłacił. Mimo kilkakrotnych monitów resztę kapitału 300 marek jak i odsetki od 31 października 1886 roku do 1 marca bieżącego roku 5 marek oskarżony nie zapłacił Ja proszę z powodu tych 306 marek i 25 fenigów i pozostałych kosztów wystosować do dłużnika nakaz płatniczy. Dwa odpisy skargi dołączam M. Herudaj ”
Syn Macieja: Franciszek poślubił wdowę: Walerię Kaźmierczak. Waleria, po śmierci męża, przyjechała do Radawnicy z szóstką dzieci z okolic Środy Wielkopolskiej, szukając pomocy u swoich rodziców. W 1951r. Waleria Herudaj sporządziła testament, ustanawiając następcą swojego syna Bolesława Herudaja. Spełniała w ten sposób również wolę nieżyjącego męża. Testament zapewniał opiekę najmłodszej córce oraz zobowiązywał nowego gospodarza do spłacenia rodzeństwa. Według relacji pana Leona, każdy otrzymał sto pni drzew. Był to dość pokaźny majątek różnie wykorzystany przez obdarowanych. Lasy, pielęgnowane przez kolejne pokolenia, zawsze stanowiły dość znaczny majątek Wśród rodzinnych pamiątek, które mogłam zobaczyć, jest oprawiony w ramce obraz, na którym widnieje data: 21 lipiec 1921r., i napis „Pamiątka poświęcenia się rodziny Najświętszemu Sercu Pana Jezusa”, podziękowanie od ks. kanonika Czesława Krusiewicza za pomoc przy odnawianiu kościoła. W posiadaniu rodziny jest też sporządzone drzewo genealogiczne. Tego trudu podjął się jeden z dalszych członków rodziny. Podobno nawiązał kontakt z rodziną we Francji, ale do spotkania nigdy nie doszło. Historia rodziny Herudaj ściśle wplata się w dzieje Radawnicy, w tym samym miejscu od wielu lat kolejni gospodarze dbają o powierzoną przez przodków ziemię. Respektują
Opracowała Małgorzata Wojtkiewicz
Zarządzający gospodarstwem Herudaj.
Józef Herudaj i Marianna Herudaj zd. Rymanski
Mikołaj Herudaj Anna Maria zd Wieprzek ur.04.12.1816r.zm28.08.1904r. ur.14.04.1826r zm. 17.11.1914r. (data ślubu 19.03.1849)
Maciej Herudaj Cecylia zd. Kluczka ur..21.02.1855r. zm. 18.03.1923r ur.13.10.1862r. zm.20.11.1930r.
Franciszek Herudaj Waleria zd. Kaźmierczak ur.20.12.1885r. zm. 04.02.1950r ur.02.04.1887r zm. 20.01.1955r.
Bolesław Herudajur Irena zd. Massel ur. 11.02.1924r. zm. 11.02.2000r ur. 24.11.1932r.
Leon Herudaj Teresa zd Kędra ur. 08.06.1957r. ur.08.11.1961r.
Irena i Bolesław Herudaj ze swoim synem Leonem.
Irena Herudaj ze swoją siostrą i synem Leonem w Bydgoszczy.
Bolesław Herudaj. Zdjęcie wykonane w roku 1930.
Leon Herudaj ze swoim wujkiem Józefem. Zdjęcie wykonane w roku 1959.
Bolesław Herudaj z synem Leonem. Zdjęcie wykonano w roku 1958.
Irena i Bolesław Herudaj ze swoimi dziećmi. Na kolanach u ojca siedzi Urszula,
Dzieci z Radawnicy. Przed płotem siedzą Urszula i Stefan Herudaj. Od lewej stoją: Jan Durecki, Józef Radowski, Leon Herudaj, Edward Radowski, Marian Durecki, Henryk Durecki i Józef Brzeziński.
|