|
Historia rodziny Hammacher
Jak ważna jest rodzinna więź, jak cenne są uczucia ludzkie, świadczyć może historia jednej z rodzin mieszkających w pobliżu Radawnicy, rodziny państwa Hammacher. A oto historia rodu. Do spotkania z rodziną państwa Hammacher skłoniło mnie planowane otwarcie Izby Pamięci – małego muzeum Radawnicy i okolicznych miejscowości. W swojej dotychczasowej pracy, zwracałam zawsze uwagę na wydarzenia, które były związane z walką o polskość na tych terenach. Taki charakter miały obchody 65 i 75 – lecia Szkoły Polskiej w Radawnicy, odsłonięcie tablicy pamiątkowej upamiętniającej jej istnienie. Historia tych terenów to nie tylko losy Polaków i ich walka o polskość. Mieszkali tutaj również ludzie innych narodowości, głównie Niemcy. Niektórzy z nich pozostali i również tworzyli historie tych terenów. W przedwojennej Radawnicy mieszkali zarówno Niemcy jak i Polacy. Wielu Polaków było członkami Związku Polaków w Niemczech. Po zakończeniu II wojny światowej, część Niemców wyjechała, a ci którzy czuli się Polakami zostali. Do Radawnicy przybyli osadnicy, ale była ich mniejszość. Bielawa, podobnie jak Krzywa Wieś, Kamień, była wsią, którą po wojnie opuścili wszyscy mieszkańcy. W swojej małej ojczyźnie pozostała tylko rodzina państwa Hammacher. Postanowiłam spotkać się i wysłuchać ich historii. Najstarszym przedstawicielem rodu jest pan Bruno Hammacher, urodził się przed II wojną światową. Jego wspomnienia, to obraz życia małej wsi w okresie powojennym, na Złotowszczyźnie, widziany oczyma bardzo młodego chłopca. Z wielką przyjemnością wysłuchałam jego barwnej opowieści, która momentami miała charakter bardzo osobisty. Jej zapis został autoryzowany. Obecna Bielawa nosiła kiedyś nazwę Marianhof, w okresie powojennym używano nazwy Marianowo. Rodzina Hammacher trafiła do Bielawy z miejscowości Niwy, w okolicach Chojnic. Przez krotki okres zamieszkiwała w Bugowie w okolicach Lipki. Ojciec pana Bruno, Joann, podobnie jak jego ojciec był kowalem, dzięki temu nie został wcielony do wojska. Nakazem władz niemieckich miał świadczyć usługi kowalskie dla okolicznej ludności. Matka pana Hammachera wspominała Bielawę jako spokojną wieś liczącą dziewiętnaście gospodarstw. Zamieszkiwali ją głównie Niemcy, tylko dwa gospodarstwa należały do rodzin polskich. Prawie wszyscy mieszkańcy tej małej miejscowości byli ewangelikami, poza rodziną państwa Hammacher, zamieszkiwały jeszcze dwie rodziny wyznania katolickiego. Właścicielem majątku w Bielawie był Max Morande. Po parcelacji w 1929 roku część majątku przejął Bernt, jego gospodarstwo liczyło 50 hektarów, co na ówczesne czasy było dość znacznym areałem. Po wybuchu II wojny światowej do większości gospodarstw zostali skierowani niewolnicy. Wśród nich byli Polacy, Rosjanie, Francuzi. Los niewolników był różny, przez większość gospodarzy byli traktowani bardzo życzliwie. Najgorszy był los tych, którzy trafili do majątku Bernta. Nie dość, że musieli pracować ponad ludzkie siły pod czujnym okiem nadzorcy, byli traktowani przez swojego chlebodawcę w nieludzki sposób. Po zakończonej pracy do majątku Bernta musieli się stawiać wszyscy niewolnicy pracujący w gospodarstwach w Bielawie. Nocowali w niebywale trudnych warunkach, w zimnym, zbudowanym z kamienia budynku, ogrodzonym na wysokość trzech metrów drutem kolczastym. Dwóm z nich, Rosjanom, udało się uciec. Ucieczka była możliwa dzięki pomocy pana Wiśniewskiego i Johana Hammachera. Jeden z uciekinierów wrócił z rosyjskim wojskiem, pamiętał o tych, którzy mu pomogli, starał się ich osłaniać przed czyhającym niebezpieczeństwem. Pan Hammacher pamięta bardzo młodą, z długim jasnym warkoczem, ukraińską dziewczynę, która jako niewolnik trafiła do rodziny Wiśniewskich. Ta młoda dziewczyna, po zajęciu Marianowa przez Rosjan, wielokrotnie hamowała zapędy rosyjskich żołnierzy, skorych do wydawania pochopnych wyroków. Uratowała syna swoich chlebodawców, który po urlopie nie wrócił na front. Zasłoniła go własnym ciałem, by nie dopuścić do rozstrzelania. Do państwa Hammacher, jako niewolnik, trafił Francuz Josef Mosey z miejscowości Lee. Z zawodu ogrodnik, swoje doświadczenie i umiejętności ogrodnicze przekazywał gospodyni. Każdą wolną od pracy w polu chwilę spędzał w przydomowym ogródku warzywnym, osobiście doglądając rosnących tam warzyw. Francuski niewolnik bardzo zżył się z domownikami. Jak wspomina pan Bruno, pracował razem z nimi i brał udział we wszystkich ważniejszych wydarzeniach rodzinnych. Razem z domownikami zasiadał do stołu, co było zakazane przez władze niemieckie. Jako niewolnik miał prawo do otrzymania dwóch paczek w ciągu miesiąca, jadnej z Czerwonego Krzyża i jednej od rodziny z Francji. Te paczki były wielka atrakcją dla dzieci, bo to właśnie one konsumowały większość otrzymywanych słodyczy. W grudniu 1944 roku władze niemieckie nakazały opuszczenie gospodarstw i udanie się do Rzeszy. Rodziny ładowały dorobek całego życia na wozy drabiniaste i wyruszały w podróż, która czasami trwała miesiącami. W Marianowie pozostały, poza państwem Hammacher, trzy inne rodziny: Wiśniewski, Greger, Mok (za szosą). Zbliżał się front i wszyscy czuli zbliżające się niebezpieczeństwo i niepewność. Data 6 lutego 1945 roku, zmieniła całkowicie dotychczasowe życie rodziny Hammacher w Marianowie. Tego dnia Rosjanie nakazali opuścić gospodarstwa i udać się do Zlotowa. Państwo Hammacher do Złotowa nie dojechali, udali się do Dzierżążni, z uwagi na zaminowane skrzyżowanie w Nowym Dworze. Czy skrzyżowanie było faktycznie zaminowane, trudno dziś dociec, tak pogłoska krążyła wówczas wśród miejscowej ludności. Okres, kiedy przechodził front, był chyba najtrudniejszym okresem dla mieszkających tutaj ludzi. Nieopodal trwały krwawe walki. Wystrzały armatnie były tak silne, że nocą otwierały się okna. Widok zabitych żołnierzy rosyjskich, niemieckich i polskich był codziennością. Często niedawni wrogowie spoczywali we wspólnych mogiłach. W czasie pobytu w Nowym Dworze Rosjanie wywieźli w głąb Rosji francuskiego niewolnika, który najprawdopodobniej zginął gdzieś w rosyjskim łagrze. Poszukiwania przez Czerwony Krzyż nie przyniosły żadnego rezultatu. Po powrocie do Marianowa, rodzina Hammacher zamieszkała w swoim domu. Powrót był bardzo ryzykowną ucieczką z Nowego Dworu. Wraz z rodziną Hammacher uciekały trzy inne rodziny: Wiśniewski, Ryszter i Grothe. Rodziny, oprócz najmłodszych dzieci, zapakowały swój niewielki dobytek na zorganizowaną powózkę i pod osłoną nocy rozpoczęła się, bardzo ryzykowna, mogąca kosztować życie, podróż do rodzinnego Marianowa. Powózka nie miała zaprzęgu, była ciągnięta na zmianę przez „uciekinierów”. Rosjanie rozpoczęli pościg za zbiegami, który zakończył się w Radawnicy, w miejscu gdzie mieszkają dziś państwo Sikora, a wtedy mieszkała tam rodzina Sztych. Po obrabowaniu z reszty dobytku, uciekinierzy zostali puszczeni wolno. Rodzina, bez ojca, bez jakiegokolwiek dobytku wróciła do domu. Wróciła matka – Klara Hammacher i jej sześcioro dzieci oraz siostra Joanna Hammachera – Marta. Zabudowania gospodarskie, podobnie jak inne we wsi, ocalały. Do opuszczonych przez Niemców gospodarstw, zostali skierowani osadnicy, jak wspomina pan Hammacher, głownie z lubelskiego i kieleckiego. Jako pierwsze do Marianowi przybyły rodziny – Wawruszak i Kociuba. Osadnicy mogli otrzymać do 15 ha ziemi. Sytuacja w Marianowie była niezwykle trudna, z uwagi na brak inwentarza, brak maszyn rolniczych. Matka pana Bruno rozpoczęła hodowlę od kozy, która dostarczała mleko dla rodziny oraz pięciu kur podarowanych przez rodziny z Radawnicy. W dużo lepszej sytuacji, były rodziny osadników. Na początek otrzymywały one konie, krowy. Szerzący się w okolicy tyfus nie ominął rodziny pana Bruno, w wyniku choroby, na którą zapadły wszystkie dzieci w rodzinie, zmarły dwie jego siostry najstarsza Gertruda i najmłodsza Zofia. Dzieci nie miały szansy na żadną pomoc lekarską. Byli przecież Niemcami, a szpital nie mógł udzielić pomocy wszystkim potrzebującym Polakom. Matka pana Hammachera, by utrzymać rodzinę, pracowała u gospodarzy w Bielawie. Jak wspomina pan Bruno za swoją pracę otrzymała prosię, co wtedy nie było małą zapłatą. Odchowała je po to, by po sprzedaniu kupić dwa inne. Wreszcie zakupiła krowę. Pan Bruno pracował, pasąc krowy w gospodarstwie państwa Witkowskich w Radawnicy, przy ulicy Kościelnej. Wrócił do rodzinnego domu jesienią 1947r., z uwagi na chorobę. Rodzina Witkowskich uważała, że chore dziecko powinno znaleźć się przy matce. Powolny i mozolny dorobek zniweczyło powstanie w 1950 roku Spółdzielni Produkcyjnej. Wszystkie zwierzęta i narzędzia trafiały do wspólnego gospodarstwa. Po rozwiązaniu spółdzielni do gospodarstw trafił uszczuplony dobytek, w stosunku do tego, który przejęła spółdzielnia. Dorobek rozpoczął się na nowo. W gospodarstwie poza matką pana Bruno, pracowała siostra zmarłego w rosyjskim łagrze Johanna – Marta. Po śmierci ojca, to właśnie na barkach tych dwóch kobiet spoczął obowiązek utrzymania rodziny. Ojciec w okresie przedwojennym, prowadząc gospodarstwo i świadcząc usługi kowalskie, zapewniał dostatnie życie całej rodzinie. Pierwsze lata powojenne to okres bardzo trudny i ciężki. Pan Bruno wspomina, że po zakończonych zajęciach w szkole wracał do domu przez wybudowanie Radawnicy, co znacznie wydłużało jego drogę do domu. Tam zawsze dostawał od rodziny Brzezińskich lub Brewka mleko i bardzo często od rodziny Radowskich świeżo upieczony chleb. Sam powrót do szkoły był dla pana Bruno i jego rodzeństwa, bardzo trudny. Nie znali bowiem języka polskiego. Nie dość, że nauka była w tej sytuacji bardzo utrudniona, dodatkowym stresem był brak możliwości porozumienia się z rówieśnikami. Bardzo wyrozumiały dla dzieci, które nie znały języka polskiego, był ówczesny kierownik szkoły, pan Piszczek. Pierwsze miesiące po zakończeniu wojny pan Hammacher wspomina bardzo niechętnie. Być może wspomnienia są zbyt bolesne. Niejednokrotnie słyszał wypowiadane pod swoim adresem słowa „ty hitlerowcu’. Dobrodziejstwem dla ludzi zamieszkałych w Bielawie było powołane w 1947roku nadleśnictwo, które swoją siedzibę miało w zachowanym do dziś pałacu. Praca w nadleśnictwie stwarzała miejscowej ludności możliwość dodatkowego zarobku. Ówczesnym nadleśniczym był pan Batorski. Po powstaniu spółdzielni nadleśnictwo przeniesiono do Radawnicy. W pałacu powstały biura spółdzielni. Rodzina państwa Hammacher – pan Bruno, jego żona Maria, do dziś mieszkają w domu, w którym rozgrywały się opisane wydarzenia. Gospodarzem jest syn pana Bruno, Jan. Stół kuchenny, przy którym wysłuchałam wspomnień, stoi w tym samym miejscu, w którym stał jeszcze w okresie międzywojennym. Pan Bruno do dziś wskazuje miejsca, przy których zasiadali poszczególni domownicy i miejsce gdzie siedział francuski niewolnik. Te miejsca kolejno zajmowali i prawdopodobnie będą zajmować nowi członkowie rodziny. Dodajmy, wspaniałej rodziny, jakich niewiele znamy.
Wspomnień wysłuchała i spisała: Małgorzata Wojtkiewicz
Marzec 2006r.
Marta Hammacher Dorota Hammacher
|